Zapraszamy do przeczytania relacji i obejrzenia zdjęć z koncertu
Maybeshewill i And So I Watch You From Afar,
który odbył się 19 listopada w warszawskiem klubie No Mercy.
Nie było litości! Gdzieś między godziną 20 a 21 rozpoczęli swój występ Irlandczycy z And So I Watch You From Afar.
Z niezbyt daleka ich oglądaliśmy, bo klub No Mercy do największych nie należy, ale to w tym przypadku wyszło jak najbardziej na plus. Tym bardziej, że frekwencja nie była jakaś specjalnie wysoka. Szczęśliwców było akurat, jak na takie miejsce. Belfast pokazał, że na żywo to zupełnie inna bajka niż to co na płycie. Ciężar najbardziej czuć było dzięki uginającym się deskom klubu, muzycy miotający się po scenie od wzmacniaczy po jej krawędź przekazywali spore pokłady energii. To chyba pod jej wpływem, nawet stojący w bezruchu widzowie zaczynali się pocić. Należałem do grupy, która nie miała bladego pojęcia na temat zespołu, tym większe było moje zaskoczenie. Mieliśmy do czynienia z rasowym math-corem. Przez moment myślałem nawet, że muzycy wparują między ludzi i będziemy mieli performance rodem z koncertów Tera Melos. Uzbrojeni w gitary wyspiarze (patrz "Set Guitars To Kill"), mogli naprawdę komuś zrobić krzywdę. Widać, że tych chłopaków łączy coś więcej niż wspólny tatuaż. Set zakończył nowy utwór "S is for Salamander". Nagłośnienie to sprawa, o którą obawiałem się najbardziej, na szczęście było całkiem dobrze, a światła bardzo przyjemnie grały z muzyką. Nie inaczej było podczas występu Maybeshewill, Angole zagrali numery ze swojej nowej płyty "Sing The Word Hope In Four-Part Harmony", ale były też "The Paris Hilton Sex Tape", czy genialne "He Films the Clouds Pt.2", wyśpiewane przez muzyków. Podkłady drumowe, klawiszowe oraz kwestie z taśmy nadają tej muzyce coś szczególnego. Podczas gdy w innych kapelach ścigają się w ilości strun w gitarze basowej, tutaj wystarczyły tylko trzy. Melodyjnie, a jednocześnie miażdżąco, dynamicznie i transowo, tak zagrali. Z dziką przyjemnością zobaczyłbym te zespoły jeszcze raz, na przykład w towarzystwie Oceansize lub If These Trees Could Talk. Ten koncert definitywnie zrobił mój dzień. Placebo? Dajcie spokój ;)