Samorząd studentów Politechniki Warszawskiej


TVPW


Polibuda.Info


I.PEWU





Nie pamiętam hasła
START arrow Aktualności arrow Aktualności Relacje arrow RELACJA Z KONCERTU HEY
RELACJA Z KONCERTU HEY

Hey + The Black Tapes + Folder – 22.01.2010, Stodoła, Warszawa

To był już drugi koncert grupy Hey w Stodole w ciągu miesiąca i drugi wyprzedany. Zacząłem się nawet zastanawiać, co jest tego przyczyną: popularność wypracowana przez lata, czy też nadzwyczaj udana płyta „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”. Koncert dał mi jako taką odpowiedź na to pytanie. Ale po kolei.

Pierwszym supportem była grupa Folder. Wcześniej kompletnie nie słyszałem ich twórczości i nawet w ogóle nie obiła mi się o uszy ta nazwa. Zaskoczyli mnie nadzwyczaj pozytywnie swoją muzyką, w której można doszukać się inspiracji chociażby Interpolem czy innymi wykonawcami, którym nie jest obcy duch Joy Division. Bardzo chętnie wybrałbym się na ich koncert w jakimś mniejszym klubie. Warto na nich zwrócić uwagę. Następnie na scenę wyszli The Black Tapes. Zaprezentowali set na swoim wysokim poziomie, czyli było energetycznie i rockowo. Publiczności chyba też się podobało, choć widać było, że dla wielu jest to pierwszy kontakt z ich muzyką. Czas, jaki pozostał do występu Hey, spędziłem na przeciskaniu się do fosy, w związku z tym zleciało szybko ;) (dawno nie widziałem w Stodole takiego tłumu). Kilkanaście minut po godzinie 21 zgasły światła. Z głośników zaczęły wybrzmiewać dźwięki „Vanitas” – utworu otwierającego najnowszą płytę Hey. Ku mojemu zdziwieniu nawet śpiew Kasi Nosowskiej był z taśmy. Na scenę powoli schodzili się instrumentaliści, a gdy rozpoczęła się transowa końcówka, wiedziałem już, że to będzie dobry koncert. Brzmienie było niezwykle klarowne i mocne. Panowie postanowili trochę sobie pograć (już na żywo) i to, co na płycie trwa kilkanaście sekund, na żywo zostało rozciągnięte do paru minut. Zrobiło się niesamowicie hipnotycznie. Kasia Nosowska pojawiła się dopiero przy drugim utworze – jak zwykle małomówna, praktycznie nieruchoma. Tego wieczoru, mimo lekko chorego gardła, była w bardzo dobrej formie wokalnej. Warto też wspomnieć o dodatkowym muzyku, który od początku wspierał zespół grą na pokaźnym zestawie instrumentów klawiszowych oraz wokalnie –Krzysztof Zalewski, zwycięzca drugiej edycji Idola, pokazał się z naprawdę ciekawej strony, bowiem do tej pory kojarzył mi się raczej z muzyką stricte rockową, a na koncercie zaprezentował się jako bardzo zdolny klawiszowiec.

Zespół w pierwszej części odegrał całą płytę „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”, zachowując kolejność utworów. Potem zabrzmiały starsze utwory, jak chociażby „Że”, „Antiba”, „Heledore Baby”, „Muka”. Warto zaznaczyć, że zespół postanowił zagrać je trochę inaczej, stosując patenty z najnowszej płyty. Nie oznacza to, że nagle perkusję zastąpiły beaty, jednak brzmienie było zdecydowanie bardziej nowoczesne – mnie się podobało, choć wiele osób mogło się poczuć rozczarowanymi takim podejściem do starszej twórczości.

Czas na podsumowanie: ten koncert mógł rozczarować. Mógł rozczarować tych, dla których Hey to przede wszystkim zespół z lat 90., grający rockowe, surowe utwory. Mógł rozczarować tych, którzy od swojego ulubionego zespołu oczekują na koncercie swoistego greatest hits. Mógł rozczarować tych, którym nie odpowiada stylistyczna zmiana zaprezentowana na ostatniej płycie. Z drugiej strony Hey zaprezentował się jako niezwykle profesjonalny zespół, który jest niesamowicie pewny muzycznej drogi, jaką obrał i który nie chce stać w miejscu. Pokazali, że nie są juwenaliowo-odpustową grupą dla małolatów (choć było przecież mnóstwo młodych ludzi).  Po tym koncercie naprawdę czekam z ciekawością na to, co pokażą na swoim kolejnym wydawnictwie. Jestem zdecydowanie na tak.

Tekst i zdjęcia: Piotr Bujnowski

szalonydiament.blogspot.com

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Najbliższe Audycje:

20:00 > ASTROLOG
21:00 > KARUZELA Z MADONNAMI

LISTA MAILINGOWA